Rozstanie... i co dalej? Jak przetrwać i przeżyć tę całą sytuację? Przemyślenia moje i innych osób.
poniedziałek, 28 lutego 2011

 

Od blisko 9 miesięcy na blogu nie pojawił się żaden nowy wpis. To nie jest kwestia tego, że zapomniałem o blogu... Wytłumaczenie tego stanu rzeczy jest zupełnie inne: odkąd sam poukładałem sobie życie osobiste (przez co jestem bardzo szczęśliwy) trudno mi było wczuć się w sytuację osoby po rozstaniu. Coraz trudniej mi było przypomnieć sobie, co wtedy czułem, stąd trudno mi było formułować kolejne rady. Co więcej tematyka związana z rozstaniami po prostu nie pasuje od tego momentu do mojej świadomości. Dlatego postanowiłem już jakiś czas temu zamknąć tego bloga.

 

Odkąd założyłem bloga minęły już 2 lata. Kiedy go zakładałem byłem tak naprawdę świeżo po rozstaniu i przechodziłem wtedy najtrudniejsze momenty swojego życia. Postanowiłem się wtedy jednak nie poddawać. Jeszcze 2 lata temu trochę trudno mi było sobie wyobrazić, że będę szczerze mógł napisać, iż po wszystkich wydarzeniach, które mnie spotkały czuję się "wzbogacony",silniejszy psychicznie i mądrzejszy życiowo.Z początku nie było łatwo, ale stosując się do rad, które opisałem na tej stronie, udało mi się na nowo uporządkować moje życie i wrócić do stanu szczęścia. Skoro mi się udało to wierzę, że jest duża szansa, że może się to udać i Wam. Powodzenia!

 

Osoby, które chciałyby się ze mną skontaktować mogą pisać na adres: jakporadzicsobiezrozstaniem@gazeta.pl

Jednakże informuję, iż nie udzielam drogą emailową żadnych porad, gdyż po pierwsze dostaję za dużo emaili właśnie w tej sprawie, po drugie nie czuję się na tyle kompetentny, żeby dawać konkretne rady w przypadku konkretnych związków/rozstań, po trzecie niestety nie mam wystarczającą wolnego czasu, żeby się tym zająć.

 

21:06, jakporadzicsobiezrozstaniem , Na temat bloga
Link
środa, 26 maja 2010

 

Kolejna porcja przemyśleń, których autorem jest Mattan.

Zapraszam do lektury:

Rozstanie z ukochaną osobą potrafi zrujnować nas do cna. Pamiętam taki film - "Jarhead" była tam scena, gdzie główny bohater filmu, po tym jak dowiaduje się że jego dziewczyna go zostawia, śpi i śni mu się sen. W tym śnie wchodzi do łazienki, patrzy w lustro i ... zaczyna rzygać piaskiem. Kilka osób przyznało mi rację że to bardzo trafne porównanie. Ja jednak dziś wiem i zachęcam wszystkich, nie odpuszczajcie, nie poddawajcie się, nie pozwólcie by emocje które teraz was obezwładniają wyrwały z was to co najcenniejsze. Piasek się skończy, wyrzygacie w końcu go do ostatniego ziarenka.

Moje rady:

5. Uczucia. Wiecie, w końcu każdy z nasz dochodzi do tego momentu. Szlag wtedy nas trafia i coś się zmienia. Ja tak miałem na jednym wykładzie, siedząc i będąc nieobecnym całkowicie na auli, rozmyślałem o tym co robi teraz moja była. Myśli mnie pożerały. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego co robię. Zaraz, zadręczam się życiem innej, obcej osoby, inwestuję emocje, czas, pomijam inne możliwości, siedzę tu i katuję się a z tego i tak nic nie wynika. Musicie w końcu do tego dojść - to się nie opłaca. Zwyczajnie od tak. Ta osoba nie czuje już tego co wy. Jesteście sami ze swoimi uczuciami. Zostawcie je. Zrozumcie że tylko się osłabiacie a on/ona jest jakby "górą" w waszej głowie.

6. Nienawiść. No właśnie, to też w końcu nastaje. Kolejny żałosny sms, kolejny raz odrzucony, rozpamiętujesz minione dni. Wzrasta frustracja. Przychodzi gniew. Czy warto? Nie. Po co? Po co Ci przykładać stosunek emocjonalny do człowieka który abdykował z tronu twojego serca? Co tym zyskasz? Ktoś mi kiedyś powiedział że nienawiść to stan tylko zwrotny, bo zwraca się tylko przeciwko nam. Niszczy nas. Nie pozwólcie na to. Niech ta osoba umrze w waszym sercu wraz ze wszystkimi emocjami - miłością, nadzieją, nienawiścią, tęsknotą. Wolność osiągniecie tylko w momencie wypalenia ostatniego uczucia..

7. Rozmowa. Mój przyjaciel raz mi powiedział - Po co Ty gadasz z każdym o tym co Cię spotkało? Wypruwasz się niepotrzebnie. Rozmawiaj tylko z ludźmi którzy wiesz że mogą powiedzieć Ci coś sensownego" Nic dodać nic ująć. Niektórzy z nas mają wielką potrzebę wyrażania swoich uczuć werbalnie. Nie ma w tym nic złego. Ale trzeba znać umiar.

8. Już komuś gdzieś to napisałem. Mała rada, ale skuteczna. Nie leżcie rano w łóżku i nie rozmyślajcie o tym co się stało. Wstawajcie od razu i bierzcie się za dzień. Ja potrafiłem solidnie się skatować, leżeniem i patrzeniem tępo w sufit. Poranki sa newralgiczne i rzutują na cały dzień. Pamiętajcie tez o śniadaniu. Endorfiny zawsze w cenie.


Jak zwykle gdyby ktoś był zainteresowany kontaktem celem udzielenia kilku praktycznych rad i tipów lub literatury proszę o kontakt na mail:ezajou@wp.pl

 

12:05, jakporadzicsobiezrozstaniem , Porady innych osób
Link
niedziela, 16 maja 2010

 

Autorem dzisiejszego wpisu jest Mattan. Szereg bardzo trafnych rad. Z częścią spostrzeżeń mógłbym dyskutować, ale prawda jest taka, że poza nielicznymi, nie ma uniwersalnych rad - każdy z nas ma różny charakter, różne doświadczenia, różny organizm (u jednych alkohol wzmacnia emocje, na innych działa uspokajająco). Co może zadziałać na Ciebie? Musisz sam/a sprawdzić...

Oto co ja dostrzegłem:

Najpierw jest ból, ból który zagłusza wszystko i wszystkich. Zapewne nie jedna osoba przez pierwszy tydzień albo miesiąc odczuwała absolutny brak entuzjazmu do robienia czegokolwiek lub nawet rzeczy które normalnie sprawiały nam dużo przyjemności, całkowicie zbledły. Ja zwykłem mówić że to mój tzw. fun'o'meter zatrzymał się na dwa, dwa i pół i powyżej tego skoczyć nie może. Powiem tak - pierwszy miesiąc boli, drugi też, nawet powiem więcej, przez pierwsze miesiące boli jeszcze tylko bardziej, tak jakby czas wcale nie leczył ran. To prawda, czas zaczyna leczyć rany ale wybaczcie za kolokwializm - dopiero po jakimś czasie. Te pierwsze tygodnie, miesiące takie będą i nie ma co słodzić. Rozmawiałem z wieloma osobami - tak jest, trzeba zacisnąć zęby i iść naprzód. O masz, to ci odkrycie - każdy z nas to zna. Owszem ale wielu z nas nie wie czym właściwie dla chemii mózgu i hormonów w naszym ciele takowe rozstanie jest. Jedni mieszają to z duchowo-spirytualno-mentalnym przeżyciem inni traktują to jako "must have" w życiu który trzeba zapić/przeboleć/przeczekać. Prawie racja w prawie obydwu wypadkach. Jednak możemy sobie pomóc jeśli tylko zastosujemy parę kroków. Pozwolę sobie je wypunktować i dodam że dużo literatury i filmów, oraz niezliczone godziny rozmów dały mi ten konsensus którym się podzielę:

1. ZERO alkoholu - mówię serio dopóty trwać w nas będzie ostatek uczuć żalu i rozpaczy po rozstaniu, zero alkoholu. Podbija on emocje i pcha nas np - do żałosnych sms, lub telefonów których absolutnie należy się wystrzegać* Ten tip dał mi 60 letni Syryjczyk, który jest moim wykładowcą, po rozstaniu pojawiwszy się na zajęciach wyglądałem jak trup toteż zapytany, opowiedziałem mu o byciu pozostawionym. Poza tym zapytał mnie czy to była moja pierwsza wielka miłość, odpowiedziałem że tak, on na to: "No widzisz na tym polega pierwsza miłość, że jest pierwsza, potem druga, trzecia... "

2. ZERO dołującej muzyki - pewnie was to zdziwi ale absolutnie tak. Tylko muzyka afirmująca życie i nie korespondująca z emocjami. To co czujecie obezwałdnia i zabija w was radość, chęć do życia. Pogłębianie tego stanu wpędza w większe załamanie a muzyka bardzo oddziałowywuje na emocje. Człowiek tylko się tym karmi, zresztą ilu z nas skończyło w łzach na podłodze przy "black" pearl jamu? Dlatego polecam wystrzegać się 90% muzy z radia, gdyż większość kawałków jak wiemy o miłości i rozstaniu traktuje, słuchajcie tego co was uspokaja i daje wiarę w lepsze jutro. U mnie nadeszło u was też nadejdzie.

3. Endorfiny - bo to o ich deficyt w mózgu rzecz się rozchodzi. Musicie je zyskiwać, wasze ciało i dusza są nierozerwalnie złączone - POTRZEBUJESZ ENDORFIN - jak je zdobyć? Poczytaj w internecie ja dorzucę od siebie - regularna higiena (wiem jak to brzmi) ale codzienny chłodny prysznic rano i wieczorem, plus dbanie o wygląd, czyste ubranie itd sprawia że czujemy się lepiej we własnej skórze. Wiem że boli, ale Ty masz czuć się dobrze, jesteś wartościową osobą która właśnie zbiera najcenniejsze doświadczenie życia, w życiu a nie przez telewizor. Myśl pozytywnie, Zmień dietę. Aha i sport dużo sportu w każdej formie. Co więcej? Absolutnie unikać stanów głodowych. Musisz mieć co zjeść w ciągu dnia w pracy i na studiach. Mnie najgorsze stany depresyjne łapały gdy po całym dniu wracałem pociągiem do domu, głodny i zmęczony, nic dodać nic ująć - jedzenie = endorfiny.

4. W książce Paulo Coelho pt. Piata Góra jest taka scena gdzie dwóch mężczyzn ukrywa się w szopie przed nadejściem zabójców, wiedzą że stanie się to za chwilę, obaj bardzo się boją i rozmawiają jako że są wierzącymi Żydami gdzie w tym wszytskim jest Bóg i jak to będzie umrzeć w końcu jeden z nich mówi - pozwolę sobie nie tyle zacytować ile sparafrazować ten tekst: "siedząc tutaj w swoich myślach umarłem już tysiąc razy a mogę umrzeć tylko raz". Nie piszcie lepszych scenariuszy niż życie, nie myślcie jak to będzie za rok za dwa, jutro. Macie dość bólu do uniesienia na dziś dzień. Nie rozpatrujcie koncepcji następnego spotkania z nim/ z nią. Co powiem? Jak się zachowam? Niech te pytania was nie niszczą, bądźcie wolni, siłą rozmyślań nie zmienicie nic i niczego nowego nie dodacie, tylko się zmęczycie.

Gdyby ktoś był zainteresowany kontaktem celem udzielenia kilku praktycznych rad i tipów lub literatury proszę o kontakt na mail:ezajou@wp.pl


19:30, jakporadzicsobiezrozstaniem , Porady innych osób
Link
czwartek, 08 kwietnia 2010

 

Dzisiaj porada od Agnieszki, jednej z czytelniczek mojego bloga.

 

Więc moja rada:

Żeby dać sobie czas po rozstaniu, przecierpieć swoje. Trzeba dać uciec negatywnym emocjom. Trzeba dać sobie ten czas. Ból jest normalnym odczuciem które towarzyczy takim sytuacjom i nie da się z nim walczyć bo robi się głupie rzeczy.


Ja nauczyłam się tego, że jakkolwiek źle by nie było, ZAWSZE BĘDZIE LEPIEJ! Ze jakakolwiek zła sytuacja by nas nie spotkała, wiemy, że sa się z niej wyjść.. ze kiedyś będzie następna osoba.. Ale nie wolno ranić tej osoby, przez niezamknięcie niektórych rozdziałów w swoim życiu.. należy usiąść, przemyśleć związek, zobaczyć jak było i jak mogło by być. Zastanowić się co dobrego stało się i co zyskaliśmy dzięki rozstaniu. Nie myśleć o tym jak o stracie czegos, ale jak o zyskaniu nowej szansy. Szansy na zmienienie czegos w sobie, w swoim otoczeniu. Nie rozpamiętujmy wiekami tego co bylo. Wystarczy przebolec jeden czy dwa dni na analizie i zaczać zyć dalej... Dopuszczmy negatywne emocje, stawiamy im czoła, zaciskamy zęby i z myślą, że Z CZASEM BĘDZIE LEPIEJ idziemy przez życie. Znajdujemy nowe zajęcie, zapełniamy sobie czas, żeby uwolnić głowę od zamartwiania się i budzimy sie kolejnego dnia silniejsi o te 24h...

Wielu psychologów ma wiele sposobów, ale każdy powie, że te natrętne myśli trzeba przeżyc, że trzeba je dopuścić, im szybciej to zrobimy, tym szybciej poradzimy sobie z bólem. jak od razu uciekniemy w odrywanie sie od tego co się stało, to te myśli i tak będą się przebijały przez skorupę jaką sobie sami stworzyliśmy. Dobrze jest znaleźć sobie zajęcie.. ale PO KONFRONTACJI Z BÓLEM. oczyścimy umysł, zrobimy wizję innej przyszłości, lepszej (!) przyszłości, BEZ tych bliskich osób. Skończyło się, trzeba to do siebie dopuścić, trzeba zerwać ten plaster! Im szybciej (za czym idzie bardziej boleśnie) tym łatwiej będzie w późniejszym czasie...


Aha.. i co ważne.. przykleić sobie uśmiech do twarzy. Sztuczny czy nie, nie ma różnicy. Umysł ldzki zapamiętuje ulżenie mięśni twarzy podczas usmiechu jako cos przyjemnego. I takie tez daje nam uczucie. Szczęscia. Wystarczy spróbować. Jak nie możemy się uśmiechnąc to obejrzyjmy komedię, poczytajmy kawały, porozmawiajmy z kims kogos bardzo lubimy.. Będziemy szcześliwsi.. Tak wiele nie trzeba...
Tylko uśmiech..
I głowa do góry.. bo kiedyś będzie lepiej
I plany na przyszłość, DOBRE plany..
I zajęcie.. najlepiej ruchowe. wysiłek fizyczny wyzwala endorfiny.. (hormon szczęscia) tak samo jak czekolada;)
I znajomi (najlepiej dużo i często) a tak żeby zapełnic pustkę po kimś..
Będzie dobrze:)

 

Nic dodać, nic ująć :)

10:27, jakporadzicsobiezrozstaniem , Porady innych osób
Link
środa, 20 stycznia 2010

 

Ostatnio natknąłem się na ciekawą radę, która może się komuś przyda...

Dlatego może być trudniej zmienić sprawę z takim podejściem. Jednocześnie "odkochanie się" nie wymaga zerwania kontaktów, po prostu pytanie czy możesz pozwolić tym kontaktom się "ochłodzić".

Podstawowa rzecz przy pracy z odkochaniem to praca z... Własnymi wyobrażeniami przyszłości.

Czymś, co napędza zakochanie, gdy zniknęło już wstępne odurzenie chemiczne, to budowanie wizji wspólnej, radosnej przyszłości.

Jeśli chcesz się odkochać - zmień te wizje. Weź jego największe wady i zobacz, jak te wady, w przyszłości, czyniłyby życie z nim nie do zniesienia, poczuj to tak, jakbyś tam była.

Zrób to kilka razy, z różnymi cechami, wyolbrzymiając je na tyle, żeby mieć naprawdę dość.

Następnie wyobraź sobie swoją nową przyszłość, bez niego. Być może będzie w niej inny facet, którego już znasz, lub którego dopiero poznasz - to musisz jeszcze odkryć. Najważniejsze, to zbudowanie sobie radosnej wizji przyszłości, na długie lata, BEZ OBECNEGO FACETA.

Co ważne - i w pozytywnej i w negatywnej wizji przyszłości bądź "w wyobrażeniu", tak jakbyś doświadczała tego tu i teraz, a nie jakbyś oglądała film ze sobą w roli głównej. To bycie tu i teraz (asocjacja) jest bardzo ważne.

A, i ważna rzecz - proszę, jeśli będziesz robiła to ćwiczenie, nie modyfikuj go. Nie wyobrażaj sobie wizji przyszłości z tym facetem jako przyjacielem, albo nie używaj mniejszych wad, "bo nie chcesz go znienawidzić". Zrób je w takiej formie jak jest, albo wcale, ok?


Autor: Artur Król

Źródło tekstu: http://www.goldenline.pl/forum/bezplatne-porady-psychologiczne-i-coachingowe/1078350

 

00:01, jakporadzicsobiezrozstaniem , Porady innych osób
Link
poniedziałek, 04 stycznia 2010

 


To, o czym chciałbym napisać w niniejszej notce jest dość oczywistą i powszechnie spotykaną radą, jednak myślę, że warto ją umieścić także na tym blogu...

W moim odczuciu w przypadku kiedy kończy się dłuższy związek, kiedy z naszego życia znika osoba, która je w dużym mierze kształtowała, sami się zmieniamy i musimy się zmienić, żeby normalnie funkcjonować.

Z punktu widzenia psychologii kognitywistycznej, najskuteczniejszą metodą, żeby zmienić to co obsesyjnie nęka naszą świadomość, jest zapewnienie sobie nowych bodźców. Zmiana otoczenia, jakiś krótki wyjazd, znalezienie nowej pasji i wiele innych podobnych rzeczy wprowadza do naszego życia nowe elementy, które zaczynają angażować naszą świadomość. Zmiana otoczenia czy wyjazd wielu osobom mogą sprawiać różnego rodzaju trudności dlatego skoncentrujmy się na łatwiejszej opcji. Znalezienie nowego hobby nie tylko dokona zmian w naszym umyślę - w przypadku niektórych aktywności zadziała również w kontekście społecznym pozwalając nam poznać nowe osoby (przykłady: koło fotograficzne, sporty zespołowe, taniec). Kiedy zaczynamy robić coś nagle innego i odmiennego, wtedy też minimalizujemy ryzyko, iż ta aktywność kojarzyć nam będzie się z naszą/naszym ex.

Może się tak zdarzyć, że to nasze nowe zainteresowanie wręcz zawładnie na dobre naszym życiem i z czasem zaczniemy dostrzegać, że dzięki temu rozstaniu, które musieliśmy przeżyć, udało nam się odkryć w sobie jakąś bardzo intensywną pasję (z perspektywy czasu mogę napisać, że tak właśnie się stało w moim przypadku, dlatego piszę o tym z takim przekonaniem). I zamiast rozpamiętywać swój były związek, będziemy mogli skupić swoje myśli na czymś innym.

Tak właśnie jest w moim przypadku - różni nowi ludzie i nowe rzeczy, którzy i które pojawiły się po rozstaniu w moim życiu, na tyle zdominowały moją świadomość, że od paru miesięcy znacznie rzadziej myślę o rozstaniu, które przeżyłem - stąd też zanik mojej aktywności blogowej. O blogu jednak cały czas pamiętam - także dzięki Waszym e-mailom i postaram się nad nim dalej pracować.

 

15:37, jakporadzicsobiezrozstaniem , Moje przemyślenia
Link
czwartek, 27 sierpnia 2009

 

Wbrew obawom niektórych osób - blog nie umarł. Ostatnio nie było żadnej nowej notatki z prozaicznego powodu - mojego notorycznego braku czasu. Dziś zamiast kolejnych moich przemyśleń przeklejam znaleziony w Internecie tekst z "Charakterów" dotyczący sytuacji rozwodu. Tym razem obędzie się bez mojego komentarza do tego tekstu. Nie przedłużam wstępu... tylko zapraszam do lektury.

Źródło: http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,96115,6960489,Blizna_po_rozwodzie.html (dostęp w dniu 27.08.2009)

Blizna po rozwodzie

Z Kubą Jabłońskim, psychologiem i psychoterapeutą z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej "Intra" w Warszawie, rozmawia Dorota Krzemionka z redakcji "Charakterów".

Choć pobierając się obiecujemy: "nie opuszczę cię aż do śmierci", bywa, że związek umiera. Rozstajemy się, ale nadal nosimy drugą osobę w sobie. Jedni próbują to zaklepać, założyć plaster na niewyjętą drzazgę, i mówią "wszystko jest okej". Drudzy stale rozpamiętują swoje zranienie. Cierpią, nie mogąc pogodzić się z tym, co się stało. Czy jest inne wyjście? Jak żyć po rozwodzie?


DOROTA KRZEMIONKA: - Czy jest coś takiego jak dobry rozwód? Jak się dobrze rozwieść?

KUBA JABŁOŃSKI: - Nie lubię tego sformułowania. Rozwód jest zawsze dramatycznym doświadczeniem, a jego skutki nie są do końca przewidywalne.

Rzeczywiście, amerykańscy psychiatrzy Thomas Holmes i Richard Rahe na swojej skali zdarzeń wywołujących stres, rozwód umieszczają na wysokim, drugim miejscu. Towarzyszą mu zwykle negatywne emocje: złość, wściekłość, poczucie zranienia, krzywdy, porażki. Czy to jest nieuchronne?

Nieuchronne i potrzebne. Takie emocje pojawiają się i musimy je do końca przeżyć. Jesteśmy przyzwyczajeni do przeżywania smutku po śmierci kogoś bliskiego. Rzadko kiedy dopuszczamy wtedy do siebie złość. Złość do osoby, która odeszła . A to błąd. W przypadku rozwodu łatwiej poczuć złość. Różnie natomiast możemy ją wyrażać, niekoniecznie tłukąc naczynia, rozbijając szyby. Jeżeli kochaliśmy i ten związek był dla nas wszystkim, a teraz musimy z niego zrezygnować, to uczucia złości, przerażenia i niepewności "co dalej?", muszą się pojawić. To dotyczy również osoby, która decyduje się na odejście, choć jest ona w nieco innej emocjonalnie sytuacji, ma poczucie większej kontroli nad nią. W końcu ona pierwsza wiedziała, że dojdzie do rozwodu. Ale mimo to także przeżywa złość, lęk i poczucie winy: co ja robię tej drugiej, kiedyś bliskiej, osobie, dzieciakom... Także ona traci coś dla siebie ważnego. Przypomina to odrywanie plastra ze skóry. Wiemy, że to boli. Wielkość plastra oznacza stopień zaangażowania emocjonalnego, wzajemnej zależności i bliskości. Im większy plaster, tym bardziej boli.

Gdyby więc Pan usłyszał spokojne stwierdzenie, że rozstaliśmy się bez emocji...

To pomyślałbym, że to komunikat dla mediów, wersja oficjalna, a nie wiemy, co tam się naprawdę wydarzyło.

Być może tak naprawdę nie był to związek emocjonalny, lecz tylko kontrakt dwóch osób. Albo partnerzy zaprzeczają swym emocjom. Trzeba więc dopuścić smutek, potem złość?

Albo na odwrót, bo niektórzy mają lepszy kontakt ze złością. Jej wyrażenie redukuje bolesne napięcie, a przy tym daje poczucie większego wpływu na rzeczywistość, gdy coś idzie nie po naszej myśli. Natomiast smutek wiąże się z bezsilnością. Należy dopuścić wszelkie pojawiające się uczucia, by ułatwić sobie "zrywanie plastra więzi". Małżeństwo, a także każdy bliski związek emocjonalny sprawia, że uwewnętrzniamy drugą osobę, nosimy ją w sobie. Nawet jeśli on czy ona fizycznie znika, nadal jest w nas. Ten mechanizm pozwala nam przetrwać, gdy się rozstajemy z partnerem . Pomaga też przy rozstaniach emocjonalnych, gdy się kłócimy, czujemy się zawiedzeni, skrzywdzeni i odsuwamy się od współmałżonka, bo mamy go dość. Obraz partnera, który nosimy w sobie, pomaga nam do niego wrócić. Wyrywanie tego obrazu z siebie po rozwodzie boli i nie można tego zrobić natychmiast. Nie da się od razu kogoś innego wsadzić w to puste miejsce. To byłby rodzaj ucieczki od przeżywania.

Czy w tym procesie rozstawania się po rozwodzie można wyróżnić jakieś etapy?

Tak. Pierwszy z nich to zaprzeczanie. Myślimy: to niemożliwe, że on mnie zostawił. Potem pojawia się złość: jak on mógł mi to zrobić! Złość może mieć różną postać: ktoś wpadnie w furię, inny będzie mniej cierpliwy, wciąż rozdrażniony bez powodu, albo będzie się oskarżać i wściekać na siebie. Następnie doświadczamy smutku, żalu, lęku, beznadziei, braku perspektyw. Myślimy: nie dam rady, nie przeżyję tego. Ale przeżywamy i pojawia się etap targowania się: może jeszcze się uda, spróbujmy. Jest to forma zaprzeczania, iluzji, że jeszcze możemy mieć wpływ na to, co się stało. Wydaje się nam, że to tylko zły sen, obudzimy się i wszystko będzie dobrze. To niebezpieczny i trudny moment. Cały świat przewrócił się do góry nogami, straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, zaufania i nadziei. Nie wiemy, co teraz z nami będzie. To wszystko budzi ogromny lęk. Aby go obniżyć, nasila się potrzeba utrzymania za wszelką cenę małżeństwa. Gotowi jesteśmy wiele zrobić, by nie dopuścić do rozwodu. Pojawia się pytanie: dokąd możemy się posunąć, starając się zatrzymać partnera? Deklarujemy, że się zmienimy, że wszystko przebaczymy. Zdarza się, że pacjenci będący na tym etapie pytają mnie, co robić? Mówię im, aby byli sobą, słuchali swoich uczuć, ale w staraniach o utrzymanie małżeństwa zatrzymali się, gdy poczują, że dotarli do granicy poczucia własnej godności.

Gdzie jest ta granica?

Trudno powiedzieć, gdzie ona przebiega. Dla jednej osoby to będzie zgoda na seks, dla innej poproszenie partnera o coś albo podanie mu zupy. Dla niektórych osób rozeznanie się we własnym poczuciu godności bywa trudne, co ma często związek z ich wcześniejszymi doświadczeniami. Jeśli tak jest, to potrzebna jest psychoterapia. Ale ludzie zazwyczaj doskonale czują, kiedy tę granicę przekraczają. Nie warto tego robić pod wpływem lęku. Kiedy on opadnie, może okazać się, że za wiele zostało powiedziane lub zrobione i nie można się z tego wycofać, nawet gdybyśmy chcieli. W końcu przychodzi etap, gdy osoba, która wcześniej myślała, że sobie nie poradzi bez partnera, staje przed wyzwaniem: "jak mam żyć bez niego ze świadomością, że kiedyś był?". Aby sprostać temu wyzwaniu, musimy skonfrontować się z tym, że jesteśmy sami, że partner odszedł i musimy bardziej niż poprzednio liczyć tylko na siebie, szukać sposobu zaspokajania ważnych dla nas potrzeb. Na tym ostatnim etapie pozbywamy się całkowicie "plastra", choć pod nim zostają ślady, zabliźnione rany. Mimo nich wracamy do satysfakcjonującego życia. Czasami jeden z eks-małżonków przechodzi te fazy, a drugi zatrzymuje się i pozostaje na etapie zaprzeczania emocjom, a tak naprawdę tkwi w nich po uszy. Nie może tym samym wybaczyć ani partnerowi, ani sobie tego, co się stało. Bo ten piąty, ostatni etap jest tak naprawdę jakimś rodzajem wybaczenia.

Wiele osób twierdzi, że nie czuje już do drugiej osoby żalu, ale tak naprawdę on gdzieś tkwi w nich. Wyobrażają sobie, że eks-małżonek do nich powraca, albo obmyślają, jak się na nim zemścić. Wciąż są z nim w związku.

Tak, to dwa skrajne sposoby zachowania osób, które pozostają w emocjonalnej więzi z eks małżonkiem po rozwodzie. Jedni próbują to zaklepać, założyć plaster na niewyjętą drzazgę i mówią "wszystko jest okej, mogę dalej żyć". To typ twardziela. Drudzy stale rozpamiętują swoje zranienie. Cierpią, nie mogąc pogodzić się z tym, co się stało. I jedni, i drudzy tak naprawdę nie żyją w pełni. Tym, co im to uniemożliwia, jest niejasna dla nich samych, trudna do określenia, lecz przyciągająca ich uwagę siła. Jerzy Mellibruda nazywa to zjawisko "nieprzebaczoną krzywdą". Dlaczego ktoś grzęźnie w tej pułapce? Bywa, że sytuacja rozwodowa obnaża w nas dawne mechanizmy funkcjonowania, które kiedyś pozwalały nam przetrwać w "zwariowanym" świecie, a dziś zupełnie nie przystają, wręcz uniemożliwiają poradzenie sobie z sytuacją rozwodu. Budzą się demony przeszłości , do ujarzmienia których niezbędna jest psychoterapia.

Czy jeśli już wybaczyłam eks-mężowi, to możemy po rozwodzie zostać przyjaciółmi?

Według mnie to absurdalne. Kiedyś w podobnej sytuacji dziecko zadało rodzicom pytanie: to po co w ogóle się rozwodziliście? Choć psychologicznie taka sytuacja jest możliwa: bo zwiększa się między eks-małżonkami dystans psychologiczny i dlatego stają się dla siebie milsi. Pojawia się ambiwalencja: z daleka się lubimy, z bliska kłócimy. Nie widzę jednak sensu, by dążyć do przyjaźni, bliskości po rozwodzie. To by mi przypominało zachowanie dzieci w piaskownicy: pokłócą się, dadzą sobie wiaderkami po głowach, zabiorą zabawki, uciekną, a za chwilę znów bawią się razem. U dorosłych jest to jednak przejaw niedojrzałości. Lepiej po prostu przebaczyć sobie wzajemne krzywdy. Wtedy, gdy się spotkamy na przyjęciu, nie rzucimy się sobie do gardeł, nie uciekniemy, zachowamy jakiś rodzaj poprawności społecznej.

Ostatnio przeczytałam o targach rozwodowych i możliwości urządzenia przyjęcia po rozstaniu. Ma to sens?

Jestem temu przeciwny, to nie ten moment. Przypomina to stypę po śmierci bliskiej osoby, ale sytuacja jest inna. Zmarły odchodzi, nie ma go i kończy się pewien etap. Stypa pomaga przejść etap zaprzeczania: wspominamy zmarłego, gruntujemy jego obecność podczas nieobecności. A po rozwodzie ten drugi zostaje i ma się - z perspektywy osoby, która została - lepiej. W tym przypadku mamy do czynienia ze zwykłą komercjalizacją i próbą przeniesienia pewnych rytuałów, bez zastanowienia się, czemu one służą.

Niektórzy rozwodzą się wiele razy. Parafrazując Marka Twaina, mogliby powiedzieć: "Rozwód? Nic trudnego, wiem, bo rozwodziłem się wiele razy". Co Pan sądzi o takich przypadkach?

Nie wierzę im. Nie wyobrażam sobie, żeby po takiej manifestacji kryzysu, jaką jest rozwód, nic się w człowieku nie zmieniało. To trochę tak, jak z kierowcą, który parę razy w miesiącu miewa stłuczki i kolizje i cały czas utrzymuje, że jest świetny, że to inni jeżdżą beznadziejnie. Jeśli rzeczywiście tak myśli, to znaczy, że nie zna do końca samego siebie. Że się oszukuje. Pytanie: z jakiego powodu tak robi?


00:19, jakporadzicsobiezrozstaniem , Porady innych osób
Link
niedziela, 28 czerwca 2009

 

Po długiej przerwie wreszcie nowa notka.

Wiecie co mnie kiedyś irytowało w osobach, które przeżyły rozstanie/zostały porzucone? To jeśli później przez długie miesiące czy nawet lata ciągle wspominały swój dawny związek, ciągle zastanawiały się nad swoim rozstaniem, wciąż tkwiły w tym samym miejscu. Żałoba, okres bólu i rozpaczy, okres czarnych myśli - to wszystko w związku z rozstaniem jest normalne. Jednak ten ciężki okres w końcu powinien minąć, a niektóre osoby chyba wręcz temu przeciwwspółdziałają. Po rozstaniu naturalnie warto sobie dać czas, żeby dojść do siebie... po pewnym czasie (dla niektórych to będą 2 tygodnie, dla niektórych miesiąc, dla innych dwa) warto sobie powiedzieć: koniec już tego zamartwiania się, czas ruszyć dalej.

Aby to zrobić pomocny może być moment przełomowy. Moment przełomowy czyli jakieś symboliczne wydarzenie, postanowienie, rytuał. Dla jednych to może być palenie zdjęć (choć tego chyba nie polecam), dla innych zerwanie kontaktu z drugą stroną, dla jeszcze innych osób jakaś zmiana w swoim życiu (np. możemy się zapisać na kurs tańca, o którym zawsze marzyliśmy ale na który zawsze nam brakowało czasu). Jak pokazują różne badania psychologiczne - takie zdecydowane, skonkretyzowane działanie/postanowienie znacznie nas przybliża do celu, których chcemy osiągnąć. Moment przełomowy nie musi wymagać wiele zachodu... może to być czysto symboliczny, drobny czyn. Tak jak rozstanie zakończyło pewien długi etap życia, tak musi się dokonać innego rodzaju wydarzenie, które skończy nasze zamartwianie i pozwoli nam "ruszyć do przodu".

 

19:32, jakporadzicsobiezrozstaniem , Moje przemyślenia
Link
sobota, 30 maja 2009

 

Zaczynając pisać bloga miałem nadzieję, że w tworzenie takiego mini-poradnika na temat rozstań uda mi się wciągnać również inne osoby. I powoli chyba się udaje, bo dziś zamiast moich przemyśleń znajdziecie krótki tekst napisany przez jednego z czytelinków bloga. W zasadzie nie wymaga on mojego komentarza, bo zasadniczo się zgadzam z zaprezentowaną perspektywą. Zatem nie przedłużam już wstępu :)

Krótko streszczę moją historię. Byliśmy razem 3,5 roku, w tym 9 miesięcy narzeczeństwa. Wspólne plany na całe życie. Ja 25 lat, ona 23. Zerwała ok. 4 miesiące temu. Przez pierwszy miesiąc walczyłem, naprzykrzałem się, okazywałem swoje uczucie. Przez drugi miesiąc myślałem o tym co zrobiłem źle i jak mogę to naprawić. Niestety, jak próbowałem rozmawiać i pokazać, że zrozumiałem swoje błędy i zmieniam się, napotkałem tylko agresję i zniechęcenie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to koniec mojej walki. Wtedy zacząłem zapominanie.

Koleżanka poradziła mi wypisanie wad eks na kartce i powieszenie nad łóżkiem. Nie zastosowałem się do tej porady, bo zaczynanie dnia od myślenia o byłej, raczej nie pomogłoby mi zapomnieć.
Ja zerwałem całkowicie kontakt z eks. Ona chciała przyjaźni i pisała co jakiś czas SMSa. Wyraźnie poprosiłem, żeby do mnie nie pisała i odpowiedziałem, że nie ma szansy na przyjaźń. Wyrzuciłem lub głęboko schowałem wszelkie przedmioty, które kojarzyły mi się z byłą. Staram się nie używać wspólnych powiedzonek (chyba każda para ma takie), nie odwiedzać miejsc, w których spędzaliśmy razem czas. Najważniejsza, ale jednocześnie najtrudniejsza do zastosowania, porada to nie myśleć o byłej. Nie rozpominać, nie próbować znaleźć wyjaśnienia - po prostu zająć się czymś co zaabsorbuje nasze myśli i zajmie czas (sport, nauka, nowe hobby, praca). Ja uciekłem w sport i nową pasję. Piszę codziennie 2 blogi

Pamiętajcie, to nie Wy zerwaliście! Zakładam, że nie zrobiliście żadnej niewybaczalnej w związku rzeczy (zdrada, kłamstwo itp.). To nie Wasza wina! Związek nie rozpadł się przez Was. Należy to sobie uświadomić, by przestać niesłusznie obarczać się winą.

Ja nadal kocham swoją byłą. Wydaje się to dziwne, po tym jak widziałem ją z innym i po tym wszystkim jak potraktowała mnie po zerwaniu. Niestety uczucia nie da się tak łatwo wyrzucić z serca. Dla tych wszystkich, którzy zostali porzuceni po tylu latach i nadal w swoim sercu noszą miłość mam tylko jedną poradę. Uświadomcie sobie, że nie da się kochać za dwoje! Wasza była już Was nie kocha, już nie chce wspólnej przyszłości. Musicie sobie to uświadomić, że tylko na Waszej (nawet największej) Miłości nie zbudujecie niczego trwałego.Na Waszej drodze na pewno znajdziecie osobę, która odwzajemni Wasze uczucie, z którą stworzycie szczęśliwy związek.

To jest myśl, która pomaga mi wstawać z uniesioną głową każdego dnia!

T.


18:24, jakporadzicsobiezrozstaniem , Porady innych osób
Link
niedziela, 17 maja 2009

 

Dzisiejsza notka składa się z paru pomniejszych rad/obserwacji o których można spokojnie napisać w paru zdaniach...

Pierwsza rada na dziś: myśl o teraźniejszości i przyszłości a nie o przeszłości. Jedna z największych trudności po rozstaniu wiąże się z ciągłym wracaniem do przeszłości. Bardzo trudno jest odciąć się od tego co było, nie analizować co można było zrobić lepiej. Kiedy zostaliśmy porzuceni w jakiś chamski sposób przez drugą stronę to naprawdę trudno do tego nie wracać. Trudno... ale trzeba tak zrobić. Ciągłe wracanie do przeszłości nie ma sensu. Jeśli budzicie się rano i kolejny raz zaczynacie wracać myślami do rozstania to powiedzcie sobie stanowcze STOP!

Zamiast wracać do tego co było zacznijcie sobie planować jak będzie wyglądać Wasz kolejny dzień, tydzień czy nawet miesiąc. Pomyślcie o tym co Was czeka w następnych dniach, pomyślcie co sami chcielbyście ze sobą zrobić w przyszłości. Permanetne wracanie myślami do przeszłości zamiast pomagać tylko nam szkodzi. Jakiś czas temu rozmawiając z człowiekiem, który ma bogate doświadczenie w biznesie usłyszałem prostą lecz rozsądną opinię: "wracanie do przeszłości zarówno w biznesie jak i w życiu bywa depresogenne". Coś w tym jest... bo przy złym nastawieniu myśląc o przeszłości można ją analizować z ciągłą myślą "przecież to można było zrobić lepiej". A jakbyśmy się nie starali w naszym życiu to zawsze będzie można coś zrobić lepiej, zawsze można się zastanawiać czy nasze inne zachowanie, czy nasza inna decyzja nie byłyby lepsze.

Nie namawiam jednak do całkowitego ignorowania przeszłości. Pewne kwestie trzeba przemyśleć i zanalizować, żeby mieć dla siebie wytłumaczenie tego, co się wydarzyło. Jeśli w przeszłości popełniliśmy jakiś ewidentny błąd to zamiast się cały czas karać wyrzutami sumienia należy odnieść tę sytuację do przyszłości i stwierdzić, że już nigdy się tak nie zachowam/nigdy nie popełnię tego błędu bogatszy o wcześniejsze doświadczenia.

Druga rada/obserwacja. Zanim jeszcze przeżyłem rozstanie zawsze miałem wrażenie, że ludzie samotni patrząc na szczęśliwe zakochane pary czują przede wszystkim zazdrość czy nawet złość z powodu własnej sytuacji. Po tym jak ja zostałem opuszczony spodziewałem się tego samego: spodziewałem się, że wychodząc na ulicę i widząc te wszystkie zakochane pary, będę czuł wewnątrz jakieś kłucie serca. Takie były moje przewidywania... ale okazało się, że można do tego podejść trochę inaczej.

Może nie zawsze to wychodzi ale jak widzę szczęśliwych ze sobą ludzi to raczej staram się sam cieszyć ich szczęściem. Kiedy patrzę jak do siebie się uśmiechaja, jak czule na siebie patrzą to czuję pewną zazdrość, ale z drugiej strony sobie myślę, że upłynie jeszcze trochę czasu a ja będę z kimś się czuł tak samo, jak oni się teraz czują. Może ta zakochana para na którą patrzymy składa się z ludzi, których podobnie jak czytelników tego bloga nie ominął ból rozstania? Może jeszcze pół roku temu ich życie wyglądało zgoła inaczej?? Ale może dlatego, że udało im się przetrwać te najtrudniejszy momenty to ponownie mogą się cieszyć kolejną miłością?

Trzecia kwestia o której chciałem dziś pokrótce wspomnieć - jak minimalizować poczucie straty? Na to pytanie można spróbować odpowiedzieć na dość ogólnym poziomie nie poruszająć w ogóle tematu związków i rozstania. Jeśli tracimy coś w życiu to uniwersalna zasada, która pozwala zmniejszyć ból brzmi zapewne następująco: należy w naszych myślach zmniejszyć wartość tego czegoś, co stało się dla nas niedostępne. W kontekście związku wychodzi na to, że trzeba sobie trochę "obrzydzić" obraz naszego byłego partnera/partnerki.

Przykładowo: jeśli przy przypadkowym spotkaniu stajemy wryci i przypominamy sobie "ale ona jest piękną kobietą/ale on jest przystojnym mężczyzną" to może warto sobie przypomnieć te momenty, kiedy ta druga osoba wyglądała mnie atrakcyjnie. Kiedy była chora, kiedy była bez makijażu, kiedy założyła niedopasowany strój... niech każdy sobie przypomni moment, kiedy stwierdził, że ta druga osoba wyglądała danego dnia niezbyt atrakcyjnie. I właśnie ten obraz warto sobie później przywoływać w myślach, zamiast się męczyć swoimi najlepszymi wspomnieniami i obrazem idealnej kobiety/idealnego mężczyzny. Mnie to na przykład pomaga. Spróbujcie jak będzie w Waszym przypadku...

 

14:30, jakporadzicsobiezrozstaniem , Moje przemyślenia
Link
 
1 , 2 , 3